Czy udało się dobrze przeżyć Święta Bożego Narodzenia?

Zastanawiam się, czy mnie i mojej rodzinie, udało się dobrze przeżyć Święta Bożego Narodzenia? Trudno jest odpowiedzieć jednym słowem, tak albo nie.

Jak co roku wigilię spędzamy na naszej działce w gronie rodziny ze strony mojego męża. Zawsze jest to bardzo skromna wieczerza składająca się z kilku najprostszych potraw.

  • Smażone polędwiczki z dorsza atlantyckiego
  • Postna kapusta z grzybami
  • Śledź w oleju z cebulką
  • Chleb do zagryzienia
  • Kompot z suszonych owoców do popicia tych smakołyków

Wigilię zaczynamy krótką modlitwą i składamy sobie życzenia dzieląc się opłatkiem. Wszystko to zjadamy w 10 – 15 minut. Większość z nas rozchodzi się po domu. Część zakotwiczy się przed telewizorem.

Ale wracam do początku. Zapowiadało się bardzo dobrze. Przyjechaliśmy przed południem w wigilię. Mąż z synem udali się do pobliskiej plantacji po choinkę. Ja rozpakowałam bagaże i rozłożyłam na talerzach mrożone ryby, żeby były gotowe do smażenia na 17:00. Kapusta, śledzie i kompot z suszu zrobiła mama mojego męża. Jadąc z Warszawy odkryliśmy, że nie mamy nic słodkiego na dzisiaj. Pocieszałam moich chłopaków, że będzie ciasto. Moja teściowa zawsze kupuje na wigilię kawałek sernika i makowiec. Makowiec jest po to, żeby pieniądze się mnożyły. Jednak nasz syn nie lubi takiego ciasta. Wpadłam na pomysł, że upiekę piernik.

To co misie lubią najbardziej

Piernik i murzynek to najulubieńsze ciasta w naszym domu. Już w samochodzie zaczęłam opowiadać, jaki to będzie cudowny świąteczny nastrój, kiedy z piekarnika rozchodzić się będzie woń goździków i cynamonu.

Przygotowałam sobie wszystko do zrobienia ciasta.

  • Kazałam mężowi podłączyć kuchenkę do przedłużacza, bo gniazdko się zepsuło i wywalało bezpieczniki
  • Rozpuściłam margarynę
  • Wysmarowałam blachę tłuszczem
  • Przygotowałam torebkę z napisem „Piernik z czekoladą”
  • 3 jajka
  • 175 ml wody
  • Ustawiłam mikser z miską do mieszania

W tym samym czasie chłopaki ustawiali choinkę. Piękne drzewko w tym roku wybrali. Przynieśli z komórki plastikowy stojak, do którego można potem wlać wodę i choinka nie sypie się tak szybko. Okazało się, że mamy tylko dwa sznury lampek choinkowych. Trudno. Będą tylko dwa. Wystarczy. Kiedy żaróweczki były równo rozłożone na gałązkach, nastąpiła próba świecenia choinki. Mój mąż podłączył pierwszy sznur i ciepły żółty blask radośnie zamrugał pomiędzy zielonymi igiełkami. Następna girlanda zrobiła głośne puch! Pokazał się dym przy rękach mojego męża, który w tym momencie odskoczył jak oparzony, bo rzeczywiście został lekko oparzony prądem.

Cieszyliśmy się, że tak skończyła się przygoda bliskiego spotkania z napięciem 220V.

Strojenie choinki dokończył nasz syn z wujkiem Jankiem i mamą mojego męża. Wyglądała jak zawsze tylko trochę mniej świeciła, wiadomo została tylko jedna działająca girlanda.

Może jeszcze uratujemy nastrój. 

Może jeszcze uda się nam dobrze przeżyć te święta.

Ducha nie gaście!

Ja pełna optymizmu, że zapachem pieczonego ciasta wprowadzę miły nastrój, włączyłam mikser, który strasznie głośno zawarczał w moich rękach. Trochę się przestraszyłam. Pomyślała jednak, że to staroć, a kiedyś robili takie głośne silniczki. Mieszadełka jednak kręciły się dziwnie wolno. Kiedy zanurzyłam je w składnikach zatrzymywały się, ale zaraz próbowały ruszyć dalej. Wyłączyłam mikser, próbowała mieszać łyżką. Włączałam i wyłączałam mikser co chwilę, bo wtedy trochę reagował. Nie mogłam mieszać ręcznie, bo od miesiąca mam straszne bóle mięśni w przedramionach. Chciałam, żeby teściowa poszła do sąsiadki, z którą jest dość blisko, i pożyczyła od niej mikser. Niestety kategorycznie odmówiła, twierdząc, że ona niczego od nikogo nie pożycza. Poza tym w Wigilię nie można nic pożyczać, bo będzie nieszczęście.

Tonący brzytwy się chwyta

Ostatnią deską ratunku był blender. Kielichowy blender, w którym wujek Janek rozdrabnia sobie jedzenie, a następnie wstrzykuje je do rurki w nosie. Biedaczysko, przez tego raka, nie może niczego posmakować.

Niewiele myśląc, przełożyłam zawartość miski do kielicha. Masa była jednak bardzo gęsta i kleista. Blender nie przerabiał tej zawartości. Dolałam wody i przemieszałam łyżką, żeby pomóc urządzeniu. Próbowałam jeszcze chwilę, po czym poczułam jakiś dziwny zapach. Mimo, że próbowałam włączyć urządzenie jeszcze raz nic się nie działo. Nie reagował na przekręcenie gałki. Może się przegrzał, jak suszarka do włosów. Odczekałam trochę, żeby ostygł. Nic. Żadnej reakcji. Blender spalony. Spaliłam blender wujka. Co wujek będzie jadł? Muszę dziś wracać do Warszawy. Zaraz po kolacji pojadę i jutro przywiozę wujkowi mój. Jest całkiem nowy. Lepszy od tego plastikowego złomu. Przecież nie pozwolę, żeby schorowany człowiek, był głodny w święta.

Jak stałam, tak wybiegłam na podwórko. Nerwy mnie grzały. Założyłam tylko kalosze w wiatrołapie. Skierowałam się do kompostownika i wydłubałam gęstą maź z dzbanka. Wróciłam do kuchni. Posprzątałam wszystko. Później usmażyłam dorsza. Wszyscy się przebrali w najlepsze ubrania. Szybko nakryliśmy do stołu. Odbyliśmy najważniejszą część wieczoru, czyli kolację

Cicha noc

Kiedy w ciszy chrupaliśmy orzeszki pistacjowe, nagle rozległo się niezbyt głośnie szszszuuu…

To nasza ślicznotka migotka choinka leżała jak długa pomiędzy kuchnią a salonem. Pobiegliśmy na ratunek. Liczyliśmy straty. Wiadomo, że były to największe i najpiękniejsze szklane bombki. Mniejszym, a zwłaszcza plastikowym udało się przeżyć. Oglądaliśmy te które ocalały. Opowiadaliśmy ich historię. Kto i kiedy kupił. Od kogo dostaliśmy. Jaka była wtedy moda na ozdoby.

Kiedy ustawiliśmy choinkę na nowo, teściowa myła dzbanek po kompocie wigilijnym. Nie wiadomo jak, dzbanek wyskoczył jej z rąk. Odbił się od zlewu i spadł pomiędzy szafkami a świątecznym drzewkiem. Nie zostało z niego nawet ucho. Dzbanek miał był oczywiście szklany i przez swoje sześćdziesiąt lat przetrwał, wraz ze swoją panią, cztery przeprowadzki do różnych domów. W wielkim skupieniu i z namaszczeniem wysłuchaliśmy opowieści o dzbanku, jakiego już nigdy nie będzie.

 

Tak więc, po raz kolejny okazuje się, że niefortunne zdarzenia zbliżają do siebie ludzi. W te święta rozmawialiśmy ze sobą więcej niż zwykle.

Czy udało się dobrze przeżyć Święta Bożego Narodzenia? 

Myślę, że tak. Przekonaliśmy się, jak historia starej bombki albo dzbanka, z całą pewnością może wycisnąć sentymentalną łezkę.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *